Boty, VR i brakujący trend 2017

Karetka jadąca po sfiksowanego projektanta UX
Zwariujemy!

Nadchodzi nowy rok, a więc sieć pęka od informacji o trendach. Oczywiście, branża UX nie wyłamuje się z trendu pisania o trendach — ha ha — zasypując mój czytnik RSS nowościami na temat tego, czym będziemy posługiwać się w przyszłym roku. Boty, rzeczywistość wirtualna i augmented, samochody bez kierowców i tym podobne.

Podchodzę do tego entuzjastycznie, ale z pewną dozą sceptycyzmu. Ponadto, wszystkie te wpisy skłoniły mnie do myślenia na temat tego, czego brakuje w przewidywaniach kolegów po fachu. I o tym będzie dzisiejszy wpis.

Jaki jest, moim zdaniem, największy brakujący trend 2017?

Atak ze wszech stron

Internet to informacje. Informacje, które podawane nam są cały czas. Bez wyjątku na to, czy śpimy, czy nie, internetowe życie kwitnie i domaga się uwagi. Każda nowo instalowana aplikacja prosi o uprawnienia do zarzucania nas powiadomieniami. Kiedy stoimy w kolejce do kasy w sklepie, przesuwamy oczami po ekranie naszego — całkiem już zaawansowanego — kieszonkowego komputera i sprawdzamy pocztę, albo rozmawiamy przez WhatsApp. Sieć puchnie w szwach na temat badań, które wskazują na to, że stajemy się coraz bardziej uzależnieni od technologii cyfrowych. Wstajemy z porannego wyrka i siedząc w toalecie sprawdzamy najnowsze wieści. Może ktoś znów pokazał pierścionek zaręczynowy na Fejsie? Może objawili się nowi sprawcy katastrofy narodowej, na przykład z Zeta Reticuli? Może Wojtek napisał o czymś na blogu?

Coraz trudniej nam się skoncentrować. Pisał już o tym Nick Carr w swojej świetnej książce „The Shallows”. Czytanie przychodzi nam z trudem. Mimo, iż całkiem dobrze radzimy sobie z przetwarzaniem danych, tych czasem po prostu bywa zbyt wiele. Sięgamy po narzędzia wspomagające pracę naszego umysłu, takie jak medytacja i szukamy harmonii. Albo i nie szukamy, dalej pływając w zalewającej nas zupie.

Często patrzymy na generację młodszą od nas z lekkim przerażeniem — być może dlatego, że z naporem rozwiązań technologicznych nie radzimy sobie tak, jak ona? Postrzegamy świat przez pryzmat własnych interakcji i chcemy, by następni w kolejce potrafili tak samo podchodzić do organizacji stosunków międzyludzkich. A może ewolucja nieuchronnie pcha nas w kierunku czegoś innego i trzeba to zaakceptować (nie piszę tu o wojnie nuklearnej)?

Zacierając ręce

Korporacje, rządy i instytucje zacierają ręce. Cyfryzacja pozwala na lepszą kontrolę, doskonały nadzór elektroniczny (surveillance) i popychanie nas we „właściwą” stronę. Jeszcze nigdy nie było to prostsze. Sytuacja jest wręcz beznadziejna, bo chociaż możemy nabyć świadomości to — tak na końcu — i tak poniekąd zmuszeni jesteśmy do obcowania z technologią na codzień. Wprawdzie można ograniczać jej wpływ na nasze życie i próbować przejąć pałeczkę, pojawiają się także coraz śmielsze inicjatywy w rodzaju Time Well Spent, jednak trudno jest przeforsować globalnie myślenie o tym, że technologia sama w sobie nie jest zła, o ile nie jest używana przeciwko nam. Nie jestem do końca przekonany, czy zwiększanie naszej „produktywności” kosztem wzrastającego odsetka zachorowań na raka, powiększającej się ślepoty i występowania zawałów serca leży w interesie kogokolwiek poza światem wielkiego biznesu.

Uważam, że powinniśmy dostrzegać jak łatwo nam zakręcić się, a jak trudno odnaleźć w tym zalewie pulpy samego siebie. Mówi się o tym dużo, ale wciąż nie widać zbyt wielu okazji do przekucia tych gadek na coś konkretnego. Czy doczekamy się tego? Może uda nam się w tym partycypować?

Czy naprawdę potrzebujemy kolejnego systemu do sprawdzania maili, do gromadzenia to-do, do przewidywania pogody i monitorowania snu? Jestem ostatnim, który powinien rzucać kamień; sam daję się bezustannie manipulować. Świadomość tego jednak dociera do mnie często i boleśnie, bo… to ja projektuję te doświadczenia. A ty robisz to ze mną.

Sen ściętej głowy

Marzę o tym, że moje doświadczenie z korzystania z internetu dostarcza sieć połączonych urządzęń — niech będzie, że smartfona i laptopa — które prezentują mi tylko materiał, który chcę obejrzeć i udostępniają narzędzia, które w iście minimalistyczny sposób pozwalają mi uczestniczyć w procesie tworzenia (i konsumowania) dobrodziejstw globalnej sieci.

Jakość, a nie ilość. Biała kartka, którą mogę zapełnić.

Kluczem do tego jest, jak sądzę, lepsze sprzężenie tego, co dociera do nas z sieci z łańcuchem naszych myśli i poczynań. Liczy się to, co dzieje się teraz — a nie kiedyś. Koncept dostosowywania treści bazujący na historii naszych internetowych wojaży i interakcji nie sprawdza się.

Czy dlatego, że w zeszły czwartek przeszła mi przez głowę myśl o nauce gry na pianinie powinienem do dzisiaj oglądać reklamy pianin?

Czy dziewczyna, z którą umówiłem się na nieudaną randkę dwa lata temu wciąż powinna ukazywać mi się w połączeniach ze znajomymi? Może tak, a może nie?

Czy nie jest ważniejsze, że teraz jestem głodny, właśnie teraz? Chcę zupy. Nie będę miał ochoty oglądać przepisu na nią za tydzień, tylko dlatego, że dzisiaj zjadłem wietnamskie pho. Hmm, a może jednak będę?

Zawieszka.

Brakujący trend na 2017

A zatem dobrze, konstruktorzy rzeczywistości i projektanci doświadczeń: czy w 2017 roku zaobserwujemy rozwój technologii umożliwiający nam okiełznać wszystkie zdobycze cyfryzacji w taki sposób, żeby nie odkleiła nam się piąta klepka?

O tym jakoś w żadnym z blogów piszących o botach i samochodach, co to jeżdzą pozbawione kierowców przeczytać nie zdołałem.

To jak będzie?