Droga uxowego freelancera, część 1

Karol i Wojtek rozmawiają na meetupie o freelance
Freelance i breakdance. Idealni partnerzy.

Praca freelancera to nie tylko wolność i stanie przy biurku w piżamie. Już ponad rok jestem swoim własnym szefem — i jedynym zatrudnionym pracownikiem. Przejście do tego etapu zajęło mi kilka ładnych lat. Myślę sporo o tym, co dzieje się dookoła mego UXowego biznesu. Chyba będę o tym trochę pisał, bo wiem, że wielu z Was zastanawia się nad rozpoczęciem kariery freelancera. Sporo maili i wiadomości dostaję od projektantów i projektantek, którzy nie są już juniorami i zastanawiają się, co dalej. Ja ciągle móżdżę nad własnym rozwojem i jak ciekawie wkręcić się w nowe tematy. Być może to, co napiszę, zainspiruje Was, a jeśli nie, to przynajmniej pozwoli Wam uniknąć rozczarowań. Artykułów będzie kilka. 

Zacznijmy od początku. Na początek odpowiem na pytania, które słyszę od Was najczęściej.

Dlaczego zdecydowałem się na pracę freelancera?

Odpowiedź jest prosta; z powodu wkurwienia. I dlatego, że nie widziałem już dla siebie innej drogi. Dojrzałem, niczym jabłuszko.

Denerwowało mnie to, że w czasie pomiędzy projektami muszę przyłazić do roboty i udawać, że pracuję. Podliczałem czas, który spędzałem na dłubaniu w nosie siedząc za biurkiem. Mimo tego, że pracowałem przez cztery dni w tygodniu (tę zmianę wprowadziłem ładnych parę lat temu), wciąż miałem poczucie oddawania najlepszego, co mam w życiu — siebie — pożerającej mnie zawodowej stagnacji.

Denerwowało mnie to, że chociaż klienci, dla których pracowałem otrzymywali faktury, na których moja praca wyceniana była na setki funtów za dzień, te setki funtów nie trafiały do mojej kieszeni.

Jednakże to, czym tak naprawdę denerwowałem się najbardziej, było narastające rozumienie, że nie odwrócę Wisły (albo rzeki Esk, biorąc pod uwagę Edynburg) kijem, pracując dla kogoś. I, że wiara w to, iż projektant może wprowadzić zmiany na szeroką skalę i poprawić działanie organizacji, dla których pracuje, musi być poparta prawdziwie mocnym uderzeniem.

Żadnego z moich byłych pracodawców, choć cenię ich nad wyraz, nie interesowały mocne uderzenia. Woleli wygodną stabilność i generowanie przychodów bez wikłania się w hardkor. Nie winię ich za to. Świetnie prosperują. Ale to nie moja droga — ja muszę czuć, że coś się dzieje. Że nie nudzę się i, że moje działania przynoszą efekt. Pracuję po to, by rozwiązywać problemy biznesowe moich klientów, a nie po to, by ich miziać.

Czy przejście na samozatrudnienie pozwoliło mi pozbyć się tych frustracji?

Tak. I wystawiło mnie na całą masę innych. Ale o tym kiedy indziej.

Czy praca freelancera w UK różni się od pracy freelancera w Polsce?

Na pewno. Pracuję w obu krajach, ale pod szyldem brytyjskim. Oczywiście, znam wielu samozatrudnionych w Polsce i znam ich historie. To daje unikatową perspektywę, bo mogę porównać to, co się na obu rynkach dzieje. Inne są oczekiwania klientów i sposób podchodzenia do biznesu. Jakie to różnice?

  1. Rynek brytyjski jest dużo bardziej dojrzały i powoli podchodzi do nowinek i rewolucji. Ale to dlatego, że jest skostniały — panuje na nim cała masa przestarzałych rozwiązań i technologii. Polski rynek działa szybciej i jest bardziej dynamiczny, ale także chaotyczny. Lubię być gdzieś pośrodku. I w sumie jestem.
  2. Choć wielu freelancerów w UK podpisuje umowy z klientami, najczęściej wszystko odbywa się na uścisk ręki i email w rodzaju “robimy!”. I to wystarczy. Od czasu, kiedy zacząłem pracować jako osoba samozatrudniona (najpierw oczywiście w ograniczonym wymiarze, równolegle do pracy na pełny etat) minęło ponad dziesięć lat. W tym czasie wystawiłem dziesiątki faktur. Nie pamiętam nawet jednej płatności opóźnionej o więcej niż parę dni — a jeśli tak było, to najczęściej z powodu prostego przeoczenia. Wiem, że koledzy i koleżanki w Polsce mają z tym czasem problemy.
  3. System podatkowy jest bardziej przejrzysty i nie muszę (ani nie chcę) uchylać się od płacenia podatków. To nie znaczy, że nie staram się zminimalizować opłat, jakie należą się HMRC (odpowiednikowi polskiego US), ale nie mam żadnych intencji kręcić i ściemniać. Nie mówię, że w Polsce byłoby to konieczne, ale słyszę straszne historie od znajomych i czasem jeży mi się włos na głowie. Tu dilowanie z urzędem skarbowym to wręcz przyjemność — ostatnio miła pani przez godzinę tłumaczyła mi coś, rozbrajająco uśmiechając się, kiedy mówiłem, że potrzeba prościej, bo nic nie czaję.
  4. Na rynku brytyjskim istnieje wiele udogodnień dla samozatrudnionych — bo rząd i system rozumieją, że państwo bogaci się zaradnością i przedsiębiorczością obywateli. Skutkuje to dostępnością pomocy i istnieniem organizacji wspierających działania freelancerów, łatwością zdobycia ubezpieczenia i tak dalej.

Tych różnic jest więcej, ale przejdźmy dalej. W końcu to tylko wstęp. Dajcie znać, jeśli jest to temat, który interesuje Was bardziej.

To jak to jest z tym czasem pracy?

Dni rozmywają się. Ja staram się pracować rano — po południu mój mózg i ciało drastycznie spowalniają. Na początku starałem się pracować w dni powszednie, jednak nie zawsze wychodzi to w ten sposób. Mimo wszystko, na aktywnej, projektowej pracy staram się nie spędzać więcej niż dwa dni w tygodniu.

“No zaraz, to co robisz przez resztę czasu, ty leniuchu?” — ktoś zapyta.

Przez resztę czasu dbam o nowe kontakty, chodzę na kawę z potencjalnymi klientami, występuję na konferencjach i meetupach i przygotowuję się do nich, zarządzam swoimi finansami, poszukuję nowych dróg rozwoju zawodowego i uczę się. Łącznie przez około cztery robocze dni w tygodniu. Czasem więcej, jeśli przygotowuję materiał na szkolenia czy cisnę wyjątkowo ciekawy projekt (tak jak teraz). A reszta to mój czas wolny na grę na gitarze, pisanie, sport, czytanie, gotowanie, napieprzanie na siłowni, amory, jeżdżenie poza miasto i karmienie ptaszków.

To jest swoją drogą ciekawe, bo wybudować strukturę rutyny dookoła pracy było mi — i nadal jest — strasznie trudno! Pomaga codzienne założenie spodni i butów. Serio. I okazjonalna praca poza domem. Bez tego zamieniłbym się w warzywo. Co mnie dziwi, bo zupełnie nie tego się spodziewałem. Myślałem, że piżama wystarczy. O, naiwny ja. O tym chyba też niedługo napiszę, bo to temat, który drążę bardzo intensywnie — jak nie dać sobie zwariować.

Czy zarabiam więcej? Jak ustaliłem stawki?

Zarabiam dokładnie tyle, ile zarabiałem na etacie. Takie było założenie. Nadmiar gotówki (bo technicznie rzecz biorąc przychody są wyższe, ale mniej regularne) leci w oszczędności i na “przyszłe wypłaty”. Moim celem było pracowanie mniej za więcej — i to się udaje. Stawki skalkulowałem tak, by przy dwóch dniach aktywnej, “mózgowej” pracy w tygodniu móc pobrać (po podatkach, ubezpieczeniach i reszcie tałatajstwa) z konta taką ilość pieniędzy, jaka trafiała do mnie po miesiącu pracy na etat u pracodawcy. Oczywiście, wziąłem w początkowych kalkulacjach pod uwagę typowe stawki kolegów i koleżanek, a także to, co dzieje się na rynku. Zgodnie z tym, co mówi mój ulubiony Mike Monteiro, wyceniam usługę, a nie czas.

Wysokości stawek zmieniają się od czasu do czasu, gdyż swoją pracę traktuję jak eksperyment.

Mam paru kolegów i kilka koleżanek, które preferują spieniężać całą “wypłatę”, kiedy przychodzi. Potem przymierają biedą. Moim zdaniem nie tędy droga i mądre oszczędzanie rules. Zwłaszcza, kiedy ma się biznes…

Biznes jako eksperyment?

Tak. Monitoruję swój czas i wydajność. Oceniam ilość kontraktów wygranych i patrzę, co mogłem zrobić inaczej, kiedy nie wygrałem projektu — pytam o feedback. Regularnie staram się wprowadzać nowe pomysły w życie i nieustannie męczę księgową o wyliczenia finansowe. Bidula ma ze mną ciężko!

Staram się opierać myślenie na nowych usługach na badaniach i rozpoznaję rynek zanim wypuszczę na światło dzienne szkolenie lub nagranie albo webinar. Pozyskuję opinie klientów na temat tego, co wyszło albo i nie i uczę się na moich błędach.

Czasem wychodzi, czasem nie!

Czy jest jakaś lista wartości w biznesie, którą się kieruję?

Tak. Napiszę o tym więcej, ale w skrócie:

  1. Staram się nie pracować dla organizacji, których działania nie chciałbym wspierać.
  2. Staram się pracować dobrze i sumiennie, ale pamiętać, że najważniejsze jest dla mnie życie poza pracą. I nie przepracowywać się bez sensu.
  3. Staram się być wyrozumiały w sytuacjach, w których rozczarowują mnie zachowania moich klientów.
  4. Staram się być wyrozumiały dla klientów, kiedy jestem dla nich wrzodem na dupie.
  5. Staram się znajdywać czas na refleksję.
  6. Staram się dążyć do tego, by moje działania stały się bardziej zrównoważone — obcinać wykorzystanie energii i zasobów naturalnych. Zmniejszać carbon footprint (to bardzo trudne, bo dużo latam).
  7. Staram się prowadzić dużo pracy jako wolontariat — stąd lwia część działań w Polsce i sporo pracy mentoringowej w UK. 
  8. Staram się promować minimalizm i oszczędne podejście do metod, narzędzi i biznesu. I trzymać się z dala od chciwości. Jak to każdemu, często mi to nie wychodzi.
  9. Staram się pracować w sposób, który przynosi mi satysfakcję.

Ta lista jest w ciągłej rozbudowie.

Będzie więcej!

A w międzyczasie porozmawiajmy o tym, co powyżej. Komentarz tu albo na Fejsie będzie mile widziany! Myślicie o frilansie? Albo już kręcicie się w tą stronę? Dajcie znać!

No i nie zapomnijcie o warsztatach. Będzie fajnie!