Syndrom oszusta i zimne poty

Rysunek: Klementyna i Euzebiusz starają się schować przed szefem
Klementynę i Euzebiusza oblewają zimne poty

Jezus, Maria, ja nic nie umiem. Nie umiem ani w to, ani w tamto. Siedzę i dłubię w tym projektowaniu, mówię do ludzi, ale w zasadzie nie wiem ani o czym, ani po co. Przecież oni już to wszystko wiedzą. I jest wielu mądrzejszych ode mnie. To po co? I jak? Śmiać się tylko będą.

Dopadł Cię kiedyś syndrom oszusta — ten słynny imposter syndrome? Nie? Kłamczuszek. Tak? To czytaj dalej.

Jeszcze do niedawna myślano (w prawdziwie seksistowskim i patriarchalnym guście), że syndrom oszusta — brak pewności siebie i spadki nastroju z tym związane — dotyka tylko panie. Bzdura na resorach, oczywiście; faceci też cierpią z tego powodu. Równouprawnienie! Każdy z nas dostaje w tyłek.

Pamiętam, jak kiedyś pojechałem do Londynu, prezentować wyniki projektu dla RBS. Ze mną była moja koleżanka, Alexa. W czasie prezentacji spociłem się jak jeż, chociaż nie miałem czego się bać; znaliśmy zespół, a wyniki badań były doskonałe. Pot ściekał ze mnie strumieniami i było mi strasznie głupio. Do dzisiaj występując publicznie trochę się stresuję (choć już nie tak, jak dawniej). W zetknięciu z nową grupą ludzi, mózgów, do których muszę mówić, często czuję ogarniające mnie zimno i lekki lęk. Podświadomy. Teraz to uczucie mija po minucie lub dwóch, jak tylko wpadnę we flow, ale kiedyś utrzymywało się długo, często nie pozwalając mi wydajnie pracować.

Zresztą, nie dotyczy to tylko momentów konfrontacji z żywym człowiekiem. Często wlepiam gały w interfejs czy stronę Google Docs, pustą aż piszczy i myślę: po kiego siusiaka ja tu siedzę?

Nie wiem, czy istnieje powiązanie pomiędzy syndromem oszusta a manifestacją objawów fizycznych stresu. Wiem, że mój organizm dużo wolniej rozkłada adrenalinę — zawyrokowała o tym współczesna medycyna, więc wierzę w to — a to znaczy, że denerwuję się dłużej niż przeciętny Kowalski.

Okazuje się, że takich osób jest bardzo dużo, a moje obserwacje potwierdzają, że właściwie większość moich znajomych cierpi tak samo. To jest normalne i powszechne. Jeden dostanie rozwolnienia, inna z kolei pochlipuje w kibelku przed wyjściem na scenę. Zżera nas trema i, przede wszystkim, niepewność w to, co mówimy. Na pewno wiesz, o czym piszę. Nie wierzę, że nigdy Ci się nie zdarzyło.

Jak z tym walczyć? Ja nie wiem, co robią inni, ale podzielę się swoim przepisem, który być może wyciągnie Ciebie i niejednego UXa z kałuży marazmu i spazmów. Oto, co DJ Włochata Małpa czyni, by nie zwariować.

  1. Kiedy poczuję, że nic nie wiem, staram się zauważyć, że wiem więcej, niż niektórzy. Bo zawsze są tacy, co wiedzą mniej.
  2. Kiedy już sobie to uświadomię, próbuję przekonać własny łeb, że w czymś tam jestem ekspertem — i przywołuję na myśl efekty końcowe mojej pracy. Na przykład myślę o tym, jak dobrze poszło mi na ostatniej prezentacji i, że klient był zadowolony mimo, że się stresowałem.
  3. Uświadamiam sobie, że to, jak się teraz czuję jest tylko stanem przejściowym i, że zaraz powinno zrobić się lepiej. I w istocie — tak się dzieje.
  4. Jeśli stres ma tyczyć się publicznego wydarzenia albo wizyty u klienta, upewniam się, że jestem tak ubrany, by nie było widać, jak się spociłem. Czarny sweterek z wełny merynosa i jechane. Serio. Jeśli będę wiedział, że nikt nie zauważył mojej fizjologicznej reakcji na stres, poczuję się lepiej i o tym zapomnę. W Szkocji zimno, nawet w lecie, więc nikogo nie dziwi, że jestem post-owieczką.
  5. W momentach szczególnego zwątpienia w siebie idę pobiegać, przejść się na spacer albo przytulić. I też przechodzi.

Dziwi mnie to, że jesteśmy na pozór takimi twardzielami. I twardzielkami. Czasem każdemu pęka żyłka i czuje, że jego egzystencja, ta zawodowa i ta w sferze prywatnej, to jedna wielka porażka. Wcale nie trzeba mieć depresji. Wystarczy praca na dużej prędkości w sektorze rynku, który od wszystkich wymaga bycia najlepszym na świecie (co samo w sobie jest bzdurą, zakodowaną w naszych głowach przez lata indoktrynacji w szkołach i zakładach pracy).

Poryczeliście się kiedyś w pracy? Ja tak. No, dalej, proszę się przyznać. Wstydu nie ma.

Jeśli Tom Hanks się, kurna, z tym męczy, to my też możemy. Jedna ciekawa rzecz przykuła moją uwagę w artykule o syndromie oszusta na Wikipedii: “Syndrom oszusta jest również powszechny wśród pracowników naukowych zaczynających karierę na posadzie z gwarancją zatrudnienia.” Czy to czasem nie jest tak, że o pracę dzisiaj tak łatwo (relatywnie, oczywiście) i, że z pomocą dostępnych technologii możemy stworzyć cuda mniemane tak szybko, że… naprawdę nie potrzebujemy do tego jakiejś kosmicznej wiedzy, co w efekcie dewaluuje nas w naszych własnych oczach?

Sam już nie wiem. Niczego nie wiem.

Idę napisać raport dla klienta. On wie jeszcze mniej. Miłego!