Wrażenia po przeczytaniu raportu o UX w Polsce

Antoni i Misia wyrażają skrajne zdziwienie i radość po przeczytaniu raportu o UX w Polsce
Antoni i Misia przeczytali raport o UX w Polsce. A Ty?

Na wstępie chciałem napisać, że czapkę z głowy zrzucam pod stópki Igi Mościchowskiej, Joanny Rutkowskiej i Tomka Skórskiego za to, że chciało im się sporządzić — jak co roku — bardzo interesujący raport na temat stanu user experience i service design w Polsce. Respekt, ziomale i ziomalki, stawiam piwko przy najbliższej okazji (albo soczek).

Przeczytałem ten raport z ogromnym zainteresowaniem. Niestety, nie dane było mi obejrzeć prezentacji na żywo, bo goniły mnie terminy, a i na zarzucenie nagraniem video będzie mi dane poczekać jeszcze, ale raport jest na tyle dobrze napisany, że od razu przyszły mi do bańki pewne konkluzje. Pragnę się nimi podzielić, bo wydaje mi się, że są ważne.

No to, jak to mówią, tl;dr.

Wprowadzenie

Z mojej perspektywy — zupełnie subiektywnej — rynek UX w Polsce jest bardzo ciekawy. Rozwija się dynamicznie i prze do przodu swoim własnym tempem. W porównaniu do rynku brytyjskiego zasuwa jak szalony, jednak za tym pędem podąża czasem swego rodzaju brak introspekcji; zupełnie, jakby brakowało czasu na zatrzymanie się i pomyślenie. Dlatego wartość raportów takiego jak ten jest nie do przecenienia, bo pozwala nam skupić się na tym, co dzieje się na naszym własnym poletku (waszym własnym poletku). Oczywiście, raport wskazuje na kilka bardzo ciekawych tendencji wzrostowych — polscy UXi uczą się, rozwijają, rosną ich płace, dzieje się coraz więcej… A i jakość produktów cyfrowych, choć nierównomiernie, to jednak wzrasta. Mimo wszystko, znalazłem w raporcie jednak i rzeczy, które mocno mnie zaniepokoiły — i to o nich dzisiaj chcę napisać. Nie dlatego, że jestem z Polski, a więc dobry jestem w narzekaniu (chociaż a) jestem, i b) to stereotyp), tylko dlatego, że pożytek z tego rodzaju pracy badawczej wyniesiemy tylko, jeśli zastanowimy się nad jej rezultatem. No, to zastanawiajmy się. Co mnie zaniepokoiło?

Kisimy się we własnym sosie

W swoim raporcie trójka badaczy konkluduje:

Zainteresowania specjalistów UX są dość wąskie. Inspiracji szukają w obrębie swojej specjalności, w środowisku osób z podobnymi doświadczeniami. Znacznie rzadziej chodzą na wydarzenia związane z innymi obszarami tworzenia produktów cyfrowych […]

I dalej:

Wśród najmniej popularnych wydarzeń są konferencje technologiczne i marketingowe.

Strony 10 i 11 raportu

Zmroziło mnie na kość. Tego rodzaju tendencja jest bardzo niebezpieczna. Zamykając się we własnej domenie wiedzy i nie sięgając po wpływy z zewnątrz ograniczamy nasz światopogląd, a co za tym idzie zamieniamy się w projektantów słabo przygotowanych do wykonywania swojego zawodu. Co ciekawe, jest to trend odwrotny do tego, który obserwuję na Wyspach Brytyjskich i w społeczności międzynarodowej, gdzie to UX powoli miesza się w zupę z service design i pokrewnymi rejonami rynku digital — głównie celem konsolidacji wiedzy i wymiany doświadczeń. Z czego wynika takie wąskie pole zainteresowań? Warto się zastanowić.

Można by powiedzieć, że istnieje zapewne korelacja pomiędzy tym stanem rzeczy a — mimo wszystko najczęściej niewielkim — budżetem szkoleniowo-konferencyjnym (tutaj UK wcale nie jest lepszy; jak wiadomo, przy obecnej koniunkturze bida wszędzie i liczy się każdy grosz). Jednak ja powodu upatruję w doświadczeniu polskich UXów, a raczej w relatywnym ich braku wynikającym z młodego wieku rynku — wielu z moich “peersów” UX po prostu już nie wystarcza i szukają inspiracji gdzie indziej, jednocześnie rozumiejąc, że trzeba “siać” (lol).

Twardzi jak stal

I twarde jak stal. Strona 13 raportu wskazała na coś, co kazało mi poważnie zmrużyć oczy (w efekcie czego wysmarowałem se szkła okularów rzęsami, a tego nie lubię). Oto bowiem w dokumencie namazano:

Rozwijamy głównie umiejętności twarde.

I dalej:

Kompetencje miękkie mają niski priorytet.

Strony 13 i 14 raportu

Nie mogę nie zgodzić się z Autorami raportu, którzy dodają, iż umiejętności miękkie pomagają nie tylko w radzeniu sobie z trudnymi klientami, ale i ze stresem. Co więcej, pragnę dodać, że to właśnie umiejętności miękkie tworzą UXa (o czym wspominam przy każdej okazji), albowiem metod i użycia narzędzi nauczyć można nawet przysłowiową małpkę — ale popatrzenia “w siebie” już nie. Moim zdaniem winne jest mocne “stechnicyzowanie” rynku i, mimo wszystko, infantylne często podejście do tworzenia produktów i usług zorientowane na tzw. “hard delivery”. Krótko mówiąc, jak gra i świeci to jest w porządku, a mniej ważne jest, po co gra i dlaczego świecić ma. Pomyślmy nad tym chwilę, bo stąd do upadku w przepaść tworzenia szajsu już bardzo niedaleko. Warto zrobić krok wstecz i spojrzeć ponad klifem.

Odkrywanie nieodkrytego

Raport wskazuje na mały odsetek UXów, którzy angażują się w pracę w fazie discovery procesu opisanego przeżutym już na wskroś modelem Double Diamond (strona 16). Przeżuty czy nie, jest to model wciąż niegłupi, a notka o tym, że mało rzeczy dzieje się, zanim projektanci chwycą za ołówki i aksiury została podsumowana w zasadzie zgodnie z moimi przemyśleniami:

Zakładamy, że niskie zapotrzebowanie na odkrywanie wynika z niedojrzałości organizacji, które jeszcze nie dostrzegają wartości w realizacji badań na początkowym etapie procesu projektowego.

Strona 16

Ditto. Ten sam problem obserwuję “na swoim poletku”, choć może nie jest on tak zaznaczony, bo w zasadzie większość organizacji, z którymi pracuję jeśli nawet nie prowadzi procesów discovery według logicznych założeń metodologii projektowania doświadczeń, to przynajmniej zauważa, że powinno (i czyni wymówki, dlaczego tego nie robić, ale to inna sprawa).

Easy come, easy go

“Nasze badania są krótkodystansowe”, napisano w raporcie (strona 17). Trochę martwi mnie to, że wciąż niska świadomość na temat wartości usługi opracowywanej w modelach długoterminowego działania decyduje o tym, że robimy coś i znikamy, niczym Cichociemni. Szczęściem, to też wynika z niedojrzałości rynku — a więc powinno poprawić się z czasem — jednakże także z tego, że podejście konsumpcyjne do usług i produktów cyfrowych wciąż dominuje na rynku tworzenia rozwiązań IT. Mało myśli się o tym, dlaczego, a więcej o tym, że “coś trzeba zrobić” i “wypuścić na lajw”. Czyli w sumie o tym, co napisałem już troszkę wcześniej.

Warsztaty — panaceum na wszystko?

Fajnie, że wyszło z tego raportu, iż nikt właściwie nie wie, co to są te warsztaty i po co są (strona 24). Co się za nimi kryje? Odpowiedź jest prosta: wszystko, co można upchać na linii natychmiastowej interakcji pomiędzy członkami zespołu UX a klientem. Czy się to upycha w dobrej wierze i, czy przynosi to rezultaty, to już sprawa wtórna. Co ciekawe, myśl ta nie tyle zaniepokoiła mnie, co wskazała na pewien ciekawy trend zaobserwowany przeze mnie w pracy za granicami Polski już kilka lat temu; warsztaty były “na propsie” i robił je każdy. Czasem trochę bez sensu. Mój wniosek jest taki, że potężne narzędzie, jakim są warsztaty kreatywne używane będzie z coraz większym rozmysłem, a sięgać będzie się też w Polsce po inne metodologie, które w zależności od dostępnego nam, projektantom, czasu przynoszą często lepsze efekty.

Panaceum — fajne słowo; mój kolega kiedyś uparcie wymawiał je “pacaneum”. Coś w tym jest.

Niewielkie wykorzystanie narzędzi analityki ilościowej

Google Analytics i HotJar wykorzystywane są tylko przez niewielki proces respondentów (strona 30). Zdziwiło mnie to; spodziewałem się raczej tendencji odwrotnej, w której więcej będzie spoglądania na wykresy, niż pracy z końcowym użytkownikiem. Tak czy inaczej, jest to, jak to mawiają niektórzy, słabe; nie da się bowiem stworzyć sensownego produktu w oparciu tylko o dane jakościowe. Spróbujcie to zrobić dla platformy używanej przez dziesięć tysięcy użytkowników — co, skupicie się na rozmowie z ośmioma, jak zalecał dziadzia Nielsen? Oj, oj. To może zaboleć. Patrzmy na numerki!

Czynnik ludzki

W sektorze UX pracuje dużo kobiet. Doskonale! Dos-ko-na-le. Jaram się tym nieprzeciętnie; większa różnorodność na deskach może doprowadzić tylko do dobrych rzeczy. Martwi mnie jednak fakt nieobsadzania kobietami stanowisk kierowniczych — to się, mam nadzieję, zmieni, jednakże na razie sprawa wygląda kiepsko, że już o niedopłacaniu Paniom nie wspomnę. Średniowiecze, niestety nie tylko w Polsce, ale wszędzie dookoła. Dlatego tak bardzo podobają mi się na przykład praktyki wprowadzone przez właścicieli Barcampu (opisane w ich książkach), gdzie jasne jest, kto ile zarabia i jakie są poszczególne schodki na drabince finansowej — jednakowe niezależnie od płci. Może kiedyś uda nam się zrozumieć, że naprawdę nie ma znaczenia, jaki zestaw organów rozrodczych mamy w spodniach lub spódnicy. Ja sobie poczekam.

Jezdę ekspertę!

Z niejakim rozbawieniem przywitałem stronę 34 raportu, na której napisano:

Zaskoczeniem może być fakt, że co czwarta osoba pracująca w naszej branży to starszy specjalista (senior), a co dziesiąta — rozpoznawalny ekspert.

Strona 34

Dalej Autorzy raportu przywołują informacje wskazujące na to, że seniorem w UX można stać się już po… dwóch latach. A “rozpoznawalnym ekspertem” już po trzech! Gdzie ja byłem, kiedy rozwijał się UX w Polsce? Byłbym już… Byłbym już… No nie wiem, chyba królem UX w spodniach na szelkach. Chociaż, w sumie to i po trzech latach rozpoznawała mnie pani w lokalnym supermarkecie. Ale to też efekt szybko rozwijającego się i wciąż niedojrzałego rynku, na którym po prostu nie ma tradycji długoletniej pracy nad ścieżką kariery (a raczej dopiero zaczyna się ona pojawiać). Mnie zajęło około sześciu lat, żeby móc w ogóle mówić o sobie per “senior”. Może jestem kiepski w te klocki. Tak czy inaczej, czytając raport odczułem, że mało trochę wśród respondentów… pokory i świadomości na temat własnych umiejętności. Zaznaczam, że to tylko moja interpretacja. Mogę się mylić, a nawet jest to całkiem prawdopodobne.

Jednorożce!

Nie będę się rozwodził; napiszę jedynie, że rozwijający się rynek wymaga od projektantów zasadzania sobie na czole jednego rogu. To się zmieni. Obiecuję. Fajnie, że wylazło to na wierzch w raporcie.

Brakujące słowo: dostępność

Jeśli coś naprawdę spowodowało, że zacząłem gorączkowo walić w cmd+F, czyli “znajdź”, to brak jednego konkretnego słowa: “dostępność” (czyli accessibility).

Nie ma w raporcie wzmianki o dostępności — wtf?
Dostępność? Łer didż ju goł?

Jak to się dzieje, że nikt nie wymienia umiejętności związanych z badaniem dostępności i jej propagowaniem (a nawet ewangelizacją) w zakresie obowiązków badaczy i projektantów UX? Przez chwilę pomyślałem, że respondenci odpowiedzieli na ankietę za pomocą wehikułu czasu, teleportując się do naszego 2018 z roku mniej więcej 1997. Ludzie kochane! Tak nie można. Naturalnie wydarzyć się może, że efekt ten spowodowany jest kompletną ignorancją szefów zespołów czy nawet całych organizacji, ale to niczego nie zmienia — jeśli nie zaadresujemy tego zagadnienia, to dupy z nas, a nie projektanci. Serio. Mam szczerą nadzieję, że w raporcie, który ujrzę w 2020 roku Iga, Tomasz i Joanna będą mogli z dumą napisać, że coś się ruszyło.

I co dalej?

Polski UX rozwija się i rozkręca. Jest fascynująco. Jest czasem pięknie, a czasem strasznie; jak wszędzie, bywa też czasem śmiesznie. Obserwować to, a także móc udzielać się w rozwoju tak dynamicznego sektora rynku jest bardzo przyjemnie.

Dzięki Autorom raportu za świetną robotę i za to, że chciało się Wam, drodzy UXi i UXkerki, podzielić informacjami o swoim życiu zawodowym. Respekt!

Notka o źródle

Wszystkie cytaty pochodzą z raportu Mościchowska, I., Rutkowska, J., Skórski, T. (2018). User Experience i Product Design w Polsce 2018. Vol. 5 — przeczytajcie, bo warto.