O odpowiedzialności słów kilka — Bartek Jagniątkowski

Dobre dziwo — stwór przypominający Wojtka — informuje o wpisie gościnnym!
Wpis gościnny! Bartek Jagniątkowski nadaje.

Od czasu wymyślenia pieniędzy i powstania handlu rodzaj ludzki ma olbrzymi problem: poza nielicznymi wyjątkami nie potrafimy przedłożyć dobra ogółu nad osobisty zysk — finansowy, wzrost władzy, czy uwielbienia tłumów. Rezultatem tego jest śmietnik wokół naszej wspólnej gatunkowej dupy, jaki na globalną skalę sami sobie robimy.

Eksperci też ludzie

Jako projektanci posiadamy z reguły wysoki poziom empatii, czujemy chęć niesienia pomocy i mamy wyostrzony zmysł obserwacji, ale z drugiej strony mamy talent do wymyślania kolejnych narzędzi, procesów i tworzenia wielotomowych epopei, które mają wnosić niesamowite zmiany do naszej jakże ważnej przecież pracy. Gdybyśmy tak dobrze projektowali produkty, jak dobrze mówimy o ich projektowaniu, świat nie miałby problemów. Sam jestem współwinny tej sytuacji, więc wiem, o czym mówię.

Wszystko kiedyś zostało zaprojektowane — zarówno wyciskarki do soku, otwieracze do konserw, telefony, bomby atomowe i samojezdne samochody, jak również procedury i procesy administracyjne, sposoby składania podań o dowód osobisty, wniosek o kartę kredytową czy pozew o rozwód. Ktoś z pozycji eksperta stwierdził, że ten konkretny przedmiot czy proces powinien wyglądać i przebiegać w taki, a nie inny sposób, bo tak będzie działał poprawnie w kontekście jego funkcji czy aktualnych przepisów. Tenże ekspert wziął zatem odpowiedzialność za produkt czy proces. Ponieważ jednak eksperci są ludźmi, posiadają te same wady, co reszta nie-ekspertów. 

— Tatusiu, po co są ulotki?
To pytanie zadała mi niedawno córka po wizycie w kinie i przyznam, że kredki mi się rozsypały. No bo co odpowiedzieć sześciolatce? Że ludzie nie są zbyt ogarnięci umysłowo? Że lubimy robić coś, co w zasadzie nie ma sensu? Że na co dzień zbyt często nie zastanawiamy się: “po co?”, tylko robimy, bo „tak się robi od zawsze”?

Dotykamy tutaj sedna problemu: projektujemy nieodpowiedzialnie na wielu płaszczyznach. Począwszy od marnowania zasobów naturalnych, poprzez nierealne wymagania stawiane przed biznesem przez oderwanych od tegoż biznesu udziałowców, a skończywszy na uzależnianiu użytkowników od cyfrowych produktów przez szpikowanie ich powiadomieniami, mikro-transakcjami i zwykłymi oszustewkami czy stosowanie tzw. dark patterns. A potem pełni współczucia wymyślamy procedury i procesy, które mają pomóc tym biednym użytkownikom wyjść z uzależnień — podręcznikowy przykład hipokryzji. Nie łudźmy się — żyjemy w świecie, w którym wymyślamy problemy, aby produkty naszych klientów mogły je rozwiązać. Szczególnie wyraźnie widać to w branży reklamowej.

Nie róbmy siary

Od setek lat trzonem przysięgi lekarskiej, którą składają studenci medycyny kończący edukację, jest idea „Primum non nocere”, która oznacza „Po pierwsze nie szkodzić”. Za centralny element swojej praktyki lekarze postawili punkt, że jeśli nawet nie są w stanie pacjentowi pomóc, to przynajmniej będą się starali nie pogorszyć jego stanu jakimś nieodpowiedzialnym działaniem.

Od lat wobec tego się zastanawiam, czy jako projektanci nie powinniśmy też składać tego typu przysięgi. W odpowiedzi na wzrost ciążącej na developerach odpowiedzialności za mnóstwo istotnych dziedzin naszego życia (od sieci energetycznych, bankowości, bezpieczeństwa, aż po SI, decydującą kto dostanie kredyt czy pracę), organizacja Association for Computing Machinery przygotowała własny „Code of Ethics”. Według niektórych badań takie zbiory zasad mają znikomy wpływ na zmianę zachowań, zauważam jednak pewne podobieństwa z edukowaniem dzieci — przez ciągłe wałkowanie tematu gdzieś w końcu ta wiedza i świadomość powinna się zacząć osadzać i kształtować. Efektu skali nie uzyskuje się w dzień, miesiąc czy nawet rok. To są lata pracy u podstaw, ale kropla drąży skałę. 

Pytanie jednak, czy jesteśmy w stanie stworzyć jakikolwiek struktury egzekwujące taką przysięgę. W przypadku lekarzy nadużycia są badane przez rady lekarskie i podlegają regulacjom prawnym. W przypadku projektantów nie mamy nic — poza naszym słowem honoru. Coraz częściej jednak projektujemy aplikacje, systemy i urządzenia mające realny wpływ na ludzkie zdrowie i życie, wobec czego taka przysięga nabiera nieco innego kontekstu. Bo wszystko jest cymesik, póki robimy sobie te nasze aplikacyjki do obsługi kolorowych żaróweczek czy zdalnego sterowania domowym termostatem. Temat robi się gęsty w przypadku aplikacji medycznych, terapeutycznych czy chociażby zamawiania jedzenia, bo o ile od medytacji jeszcze chyba nikt nie zszedł, to od zamówionego przez internet żarcia ze śmiertelnym alergenem już tak.

Dawno minęły czasy, kiedy najpopularniejszymi aplikacjami na telefony były symulatory szklanki piwa. Za wzrostem potencjału urządzeń i świadomości konsumentów powinien zatem iść również wzrost odpowiedzialności producentów i projektantów tych rozwiązań.

Z drugiej strony przypadek firmy Theranos pokazuje, że sama obecność regulacji prawnych i nadzoru państwa wciąż nie gwarantuje niczego, a granice etyki i moralności da się przekraczać, zabawiając się ludzkim życiem w imię idei ratowania świata. Ostatnie lata pokazują, że mamy do czynienia z kryzysem zaufania o globalnym zasięgu. Nie jestem fanem pomysłu, żeby firmy w rodzaju Theranos albo Ubera dbały o nasze zdrowie i projektowały rozwiązania, od których zależy nasze życie, albo — co gorsza — żeby robiły to agencje reklamowe na zlecenie swoich klientów. Czy odpowiedzialni projektanci zmieniliby cokolwiek w tej materii? Nie wiem.

Odpowiedzialność to też umiejętność powiedzenia: „nie wiem, czy to dobry pomysł”, albo przyznania się do błędu w rozumowaniu. A przecież te wszystkie złe rozwiązania ktoś zaprojektował, ktoś gdzieś na etapie konceptu doszedł do wniosku, że to dobry model biznesowy: zrobić banalnie prostą rejestrację i prawie niemożliwą rezygnację z usługi. Problem w tym, wydaje mi się, że jeśli potrzebujesz uciekać się do takich rozwiązań, to być może twój biznes nie jest wcale taki dobry. Można stworzyć dobrze działający interes bez tego typu zagrywek. Mało tego — można ten sam interes robić bez nastawiania się na globalną dominację i słupki zysków rosnące z roku na rok w nieskończoność, skupiając się za to na wspieraniu lokalnych społeczności.

Dopiero się rozpędzamy

Żyjemy i będziemy (mam nadzieję) żyli coraz dłużej. Dzięki zmianom w życiowej filozofii, odżywianiu i współczesnej medycynie ludzie w tzw. podeszłym wieku są i wciąż będą aktywni na poziomie, na który nasze technologie i społeczne mechanizmy nie są przygotowane. Nie jesteśmy społecznie gotowi na tak aktywnych emerytów, co więcej — zwyczajnie nas na to nie stać przy obecnej ekonomii. Ageizm powoli staje się problemem, a emerytura w wieku 65 lat, wykluczanie z rynku pracy ludzi, którzy mają przed sobą jeszcze 25-30 lat aktywnego życia, to zwykłe marnotrawstwo wiedzy i doświadczenia, jakim ci ludzie dysponują. Dodatkowo pomimo istnienia od dekad idei Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego (Universal Basic Income) temat wciąż jest w powijakach i jeśli nic z tym nie zrobimy, to przy postępującym wzroście specjalizacji stanowisk pracy (wzrost zapotrzebowania na specjalistów) i jednoczesnej automatyzacji coraz bardziej złożonych prac i procesów (spadek zapotrzebowania na niewykwalifikowanych pracowników) spowodujemy, że duże grupy społeczne zostaną bez możliwości pracy i zarabiania na życie. Staniemy przed bardzo poważnymi problemami do rozwiązania: będziemy zmuszeni albo ich wszystkich utrzymywać, albo umożliwimy im w jakiś sposób wejście na inne poziomy przydatności, albo wprowadzimy inne, być może radykalne, rozwiązania.

Potrzebujemy zmian w normach społecznych, nowych sposobów koegzystowania. Rośnie popularność idei co-living — nie jako alternatywy mieszkaniowej dla studentów, ale jako życiowej konieczności dla samotnych ludzi w podeszłym wieku. Instytucja małżeństwa przeżywa globalny kryzys, wydaje mi się jednak, że liczba rozwodów rośnie z roku na roku nie dlatego, że ludzie nagle przestali się kochać. Po prostu żyją dłużej, pełniej, chcąc nadążyć za zmianami na rynku pracy wciąż się uczą, zmieniają, odkrywają nowe interesujące ich tematy, chcą więcej od życia i chcą eksplorować nowe drogi.

Do tej pory wyobrażałem sobie, że na starość wystarczy mi konsola, ekran, parę gier, sprawne dłonie i ciepły posiłek raz dziennie. Tymczasem im jestem starszy, tym bardziej moje potrzeby ulegają adaptacji do nowych wymagań i możliwości, o których nie wiedziałem nawet, że mogę mieć. A chcę być przydatny społecznie, nie chcę być społecznym warzywem, na które kolejne pokolenia kurwią, że muszą utrzymywać. Chcę usług online, dostępu do filmów, seriali, muzyki, jedzenia z dostawą, towarzystwa wirtualnego bądź tradycyjnego, ciekawych imprez i możliwości wyjścia gdzieś ze znajomymi czy nową partnerką poznaną dzięki kolejnej iteracji Bumble Senior Edition.

Projektowanie opiera się na wzajemnym zaufaniu. Przestańmy go nadużywać, pracując nad pustymi rzeczami dla samego robienia. Przestańmy robić rzeczy, bo „mój szef będzie się cieszył jak dziecko”. Wróćmy do myślenia i mojego ukochanego zdrowego rozsądku. Zastanówmy się najpierw, zanim siądziemy do tych wszystkich tabelek i canvasów, czy to, co chcemy zrobić, ma po prostu sens. Primum non nocere — nie szkodzić przede wszystkim. Szanujmy ludzi korzystających z naszych rozwiązań. Projektujmy dla nich tak, jak sami chcielibyśmy, żeby ktoś projektował dla nas. Jeśli nie chcemy korzystać z gównianie zaprojektowanych produktów, przestańmy je gównianie projektować.


To jest wpis gościnny!

Wpis gościnny spłodzony, uważaj, przez gościa (a to dopiero!). Dzisiaj tym gościem jest Bartek Jagniątkowski. Oto, co Bartek pisze o sobie:

Jestem ojcem i samozwańczym ekspertem w dziedzinie zdrowego rozsądku, choć potrafię na co dzień zrobić coś kompletnie nierozsądnego i bardzo niewychowaczego. Od 25 lat związany jestem z kreacją w różnych postaciach. Na początku lat 2000 po prostu robiłem internet, teraz ma to konkretną etykietkę, której nie czuję się kompetentny przypiąć do siebie. Staram się robić, co należy i co potrafię najlepiej, rozwiązując problemy i ucząc się wciąż nowych rzeczy.

Bartka można znaleźć na LinkedIn i na Medium.

A może Ty chcesz coś napisać?

Zapraszam do współpracy. Okazja do zaistnienia na blogu, który jest jednym z bardziej poczytnych polskich źródeł wiedzy i rozważań na temat UX. I to za darmo. Zapraszam — wyślij do mnie wiadomość i może coś ukręcimy!