Wino, UX i śpiew

Fotografia osób pracujących razem na zadaniem grupowym na warsztatach UX w praktyce
Fantastyczne uczestniczki warsztatów UX w praktyce w akcji

Wróciłem z Polski. Chcę po tych paru niesamowitych dniach spisać kilka słów
— i podzielić się z tobą energią, którą naładowała mnie pogoda w kraju przodków. Poznałem nowych ludzi i zdobyłem kolejne doświadczenia. Dlaczego pojechałem do Zielonej Góry? Co działo się na warsztatach UX w praktyce? Jak poszło wystąpienie na konferencji Greenfield? I, co najważniejsze, czego się nauczyłem? Przeczytaj.

Lądowanie w Zielonej Górze

Zielona Góra jest spoko. Pamiętam to miasto z czasów, w których bujałem się po nim w letnie wakacje z dwójką moich przyjaciół. Nastoletnie lata wypełnione graniem w durne gry komputerowe i przekomarzaniem się na tematy w rodzaju “Windows jest gorszy niż Linux” (jakby było się o co kłócić) albo “Kaśka jest ładniejsza od Miśki”. Doceniłem spokój i ciszę, którą kiedyś pewnie uznał bym za nudną. Powodem mojej wizyty było głównie zaproszenie na konferencję Greenfield — a także warsztaty, które poprowadziłem w bardzo ciekawej firmie, znanej zapewne i tobie: Cinkciarz.pl. Co za dynamiczny zespół UX! Spędziłem rewelacyjnie czas, móżdżąc razem z moimi nowymi kolegami i koleżankami na tematy związane z projektowaniem. Miły dzień przypieczętowała dość konkretna, jak sądzę, prezentacja dla szerszej grupy. Uścisnęliśmy sobie łapy. Teraz tylko patrzeć wybuchu fajnych produktów. Organizacja zrobiła na mnie wielkie wrażenie swoją dynamiką i możliwościami rozwoju.

A potem Greenfield. Tutaj zaskoczono mnie ponownie — niby to pierwszy raz, niby impreza, było nie było, w mieście średniej wielkości, a jak dobrze zorganizowana! Wielkie brawa dla zespołu, który świetnie ogarnął temat. Kilkaset osób (szkoda, że tak mało kobiet; ale jestem pewien, że za rok będzie lepiej) i nowe kontakty. Szczególnie podobał mi się doskonały wykład na rozpoczęcie konferencji autorstwa Maćka Aniserowicza. Mówił on o zdrowiu developerów — głównie tym psychicznym; o dbaniu o swój rozwój i szczęściu wynikającym ze spełnienia zawodowego. Za mało rozmawiamy o tych tematach, a ja, cisnący w nie zdrowo od strony UX poczułem się prawie jakbym oglądał na scenie tzw. brother from another mother. Maćku, piąteczka!

Refleksja o networkingu

Networking w PL wciąż kuleje — ludzie chowają się po kątach i skupiają w grupkach znajomych. Do tego zlepki starych wyjadaczy, którzy chowają się w kątach z drugiej strony i nie bardzo mają ochotę się socjalizować. Może kiedyś zobaczę w tym temacie jakąś zmianę… Poza Polską wygląda to zupełnie inaczej: każdy chce porozmawiać z każdym i wymienić się doświadczeniami. Brawa dla nielicznych odważnych, którzy zdecydowali się pogadać. Nie ma się czego bać, prelegenci nie gryzą! Na pewno nikt nie uzna Cię za głupiego czy nierozgarniętego, jeśli podejdziesz porozmawiać. Wręcz przeciwnie. A ja jestem pewien, że i inni doświadczeni koledzy powiedzą, że uczymy się codziennie i kontakt z osobami, które przychodzą na nasze wykłady jest dla nas wielką radością. Pamiętasz moje tyrady na temat dzielenia się wiedzą?

Poznań!

Lubię Poznań. Lubię duże polskie miasta, a Poznań lubię szczególnie, bo to tam pierwszy raz występowałem na konferencji w Polsce, co wspominam z rozrzewnieniem (chlip). Tym razem Monsieur Pyra zorganizował w Poznaniu warsztaty UX w praktyce, które wyprzedały się do końca. Było dobrze! Grupa uczestników i uczestniczek pracowała w pocie czoła nad zadaniami grupowymi, do których przygotowywaliśmy się cały ranek. Choć w dyskusjach za każdym razem pojawiają się typowe problemy projektantów UX (klient ma w nosie, zespół programistów “nie chce współpracować”), to pojawia się też niejednokrotnie coś nowego i tak było też tym razem. Rozmawialiśmy sporo o zorientowaniu myślenia na efekt, a nie na produkt; o czymś, o czym warto mówić więcej i częściej.

Portret grupowy uczestników i uczestniczek warsztatów UX w praktyce
Andrzej zrobił nam portret grupowy. A co tam!

Warsztaty jak zwykle zakończyły się w miłej, piwno-burgerowej atmosferze. Prawdę mówiąc, te sesje “networkingu” i luźnej rozmowy to moja ulubiona część wizyt w Polsce. Zawsze wypływa z nich jakaś ciekawa nauka! Było dużo o niepełnosprawności i problemach z rekrutacją. Włos jeży mi się do dzisiaj na wspomnienie dyskusji o osobach, które kłamią w swoich CV, wymieniając umiejętności, których nie mają. Jeśli tak naprawdę jest, to ja wysiadam i poproszę o pacnięcie w potylicę. What the actual fuck?

I już w domu… Powrót do rzeczywistości.

Chociaż lubię mieszkać tu, gdzie mieszkam, to każda wizyta w Polsce zbliża mnie do myśli o ewentualnym powrocie tam na stałe. Być może kiedyś się to wydarzy. Pogoda, jedzenie, ludzie… Oczywiście, z perspektywy “wakacjowicza” wygląda to wszystko cudownie — wiem, że na co dzień bywa inaczej. Póki co zadowolić się muszę okazjonalnymi wylotami. Następna wizyta już w październiku; więcej informacji wkrótce!

Czego się nauczyłem?

  1. Zgodnie z tym, co od dawna sądziłem, istnieje w Polsce spora grupa developerów zainteresowanych tym, by usługi budować w trosce o użytkownika. To cieszy.
  2. Istnieją też osoby, które mówią o zdrowiu warstwy proletariatu, czyli naszym. Nie uchodzi już za osiągnięcie zawodowe siedzenie przy kompie od rana do trzeciej w nocy. To cieszy jeszcze bardziej. Szkoda, że kiedy ja tak siedziałem, to wciąż był cel i zaszczyt. Fuj.
  3. Kultura UX pojawia się w coraz większej ilości polskich organizacji i chociaż wciąż słyszę (od czasu do czasu), że “mój software nie potrzebuje UX, bo go tam nie ma”, to zdarza się to coraz rzadziej.
  4. Coraz więcej osób zajmujących się projektowaniem UX w Polsce rozumie, że muszą patrzeć dalej niż interfejsy. Ta zmiana jest wprost namacalna i jasno manifestuje się w jakości zadawanych na warsztatach pytań. Miodzio.

Podsumowanie nie do końca poważne

Jak zwykle powinienem pozwolić sobie na kilka punktów, w których opiszę wyjątkowość tego wyjazdu na łono ojczyzny. A zatem:

  1. Polskie Koleje Państwowe powinny dodać sobie do nazwy słowo “Nieogarnięte”. Nigdy nie sądziłem, że droga z Warszawy do Zielonej Góry może zająć osiem godzin z przestojem w Pipidówce. Nigdy też nie sądziłem, że jedyną formą wsparcia technicznego tego cudownego produktu jest “Ja tam panie nic nie wiem” z ust konduktora. Respekt.
  2. Kiedy już będę obrzydliwie bogaty, kupię sobie Google Jamboard. Wprawdzie w wieku, w którym będę już obrzydliwie bogaty Google Jamboard nie będą produkowane (a mój mózg zapewne będzie unosił się w zawiesinie substancji kriogenicznych, komunikując się z Tobą za pomocą telepatii), jednakże, jak to mawia zaprzyjaźniona dziewczynka w wieku lat czterech, CHCEM.
  3. Warsztaty, na których obok mnie jest czterech innych Wojtków to sprawa wyjątkowa. Nigdy się człowiek nie czuje tak mocny. Co za wsparcie!
  4. Trudno jest zjeść pizzę pokrytą czterema centymetrami mięs, ale jeszcze trudniej jest obudzić się w środku nocy i przywołać tę pizzę, ekhem, nie tylko z pamięci, ale i z głębin zmęczonych trzewi. Nie polecam. Choć dobra była, skubana.
  5. Cieszy mnie, że społeczność projektujących UX w Polsce ma się tak dobrze — a jeszcze bardziej cieszę się, kiedy mogę sobie z tą społecznością poprzebywać!

A z konferencji Greenfield będzie video — obejrzycie jak małpa włochata opowiadała o współpracy UXów z programistami. Już niebawem.

Czuj duch! A, zapisz się też na moją nową, post-RODOwą listę emailowąBędę na niej informował o nowych terminach warsztatów i wystąpień na konferencjach.

Post scriptum

Niedługo będę przenosił stronę internetową na nowy serwer. Może nawet w ten weekend. Pewnie nic nie będzie działać. Pewnie też podniesie się po krótkim czasie. Proszę o cierpliwość.