Twój najlepszy przyjaciel

Hendryk, mózg w słoiku
Co czai się w słoiku?

Dużo rozmawiamy o narzędziach. Łatwo wpadamy w wir dyskusji na temat metod pracy, oprogramowania i gadżetów. Często dajemy porwać się nurtowi dywagacji o wyższości jednego podejścia nad drugim. Jestem ostatnim, by rzucić kamień; co tydzień łapię się na tym, że znów uczestniczyłem w jakimś internetowym “flejmie” (dzięki Bogu za kolegów i koleżanki, którzy potrafią prowadzić cywilizowaną polemikę — uwielbiam, kiedy ucierają mi nosa, to mnie uspokaja i nadaje perspektywy). Podejrzewam, iż bierze się to stąd, że jestem praktykiem — liczy się dla mnie efekt wyjściowy, a metody pracy dobieram bardzo dynamicznie, często nawet na dużych projektach. Dodatkowo trudno mi czasem przeboleć to, że małe i spore organizacje wydają kupę kasy na rozwiązania, które i tak nie powodują, iż ich produkty są przyjaźniejsze użytkownikowi, a jedynie czynią życie projektantów (i użytkowników końcowych) mętniejszym.

Już nie raz pisałem o tym, że można “zafiksować” się na narzędziach i metodach badawczych, ale moje ostatnie przemyślenia na ten temat mógłbym podsumować stwierdzeniem: jedynym niezawodnym i zawsze najprostszym w użyciu narzędziem wydaje mi się mój mózg. Im dalej brnę w świat technologii i software’u, a także projektowania usług, tym bardziej — z czasem poświęconym praktyce zawodowej — staram się minimalizować wpływ wszystkich tych cudów na kiju na moje projektowanie i podejście do tematu.

Dzisiaj będzie właśnie o tym.

Prototypowanie bez trzymanki

Uwaga: w treści wpisu będzie dużo nazw produktów i firm. Nie wspieram żadnego z tych narzędzi i nie używam żadnego z nich za darmo, prowadząc swoją obecną działalność zawodową. Wybierzcie dla siebie to, co lubicie.

Lubimy nowości, a tych przecież nie brakuje. Kiedyś, nieszczęśni, musieliśmy prototypować w Axure (fuj; do dzisiaj mam koszmary). Dzisiaj, nadal nieszczęśni, nie musimy — ale zastanawiam się powoli, czy nie wolałem świata, w którym nie miałem wyboru. Tak na końcu kija, Axure umożliwiało mi odcięcie się od technologicznych cudów i proste przenoszenie moich pomysłów na ekran (kiedy akurat działało). Moje ostatnie przygody z narzędziami do projektowania interfejsów skończyły się na obserwacji, iż producenci oprogramowania stali się prawdziwymi mistrzami w odpowiedzi na wymagania narzucane przez trendy, które sami zapoczątkowali. Kółeczko! Na palcach jednej ręki policzyłem dobry i prosty w obsłudze soft do tworzenia wireframe’ów i prototypów, którego podstawowa funkcjonalność nie skupia się na animacjach czy wklejaniu mordek w SVG, a na planowaniu zaawansowanych formularzy czy dopieszczaniu architektury informacji. I mamy te wszystkie piękne wygibasy na rynku, a jakoś dobrych rozwiązań nie przybywa. Jak to jest? Dogonił nas paradoks wyboru. Napędzany Sketchem i koszmarami rodem z Dribble.

Zniechęcony poszukiwaniami, teraz rozważam antyczne HotGloo (nad szanowanym przeze mnie UXPinem, który ma zbyt skomplikowany model cenowy, uniemożliwiający tani dostęp do opcji, które HotGloo ma w standardzie). Jeszcze jakiś czas temu zaklinałem się nad prototypowaniem w HTML i wciąż uważam, że jest to najlepsza opcja dla pracy na dużych projektach, ale z braku czasu samemu już użerać mi się nie chce. Zwłaszcza przy wszystkich Bootstrapach, Foundation i cholera wie czym jeszcze. “Anżular” (jak to mawia Maciek Aniserowicz) i React wprawiają mnie w drgawki. Bardzo się cieszę, że nie jestem front-end developerem; od nadmiaru technologii do ogarnięcia spuchła by mi przysadka.

Wniosek? Sięgnąłem po maksymalną prostotę. 

Testy z użytkownikami — na minimalu

Uwielbiałem siedzieć godzinami przy oprogramowaniu Tobii i generować heatmaps (nie mam pojęcia, jak to się po polsku nazywa, prawdę mówiąc). Patrzyłem w wypełnione bezdenną radością oczęta interesariuszy obserwujących kropkę skaczącą po ekranie i cieszyłem się, że te ciężkie tysiące funtów szterlingów, które wydali na sprzęt do czegoś się przydają.

Głównie do cieszenia ocząt właśnie.

Kiedyś nagrywałem każdą jedną sesję i przeglądałem je, po kolei i do bólu, szukając porównań, schematów, cytatów i wykrzywionych twarzy ludzi, którzy nie mogli na ekranie znaleźć przycisku z napisem “kup”.

Produkowałem raporty i stałem jak kołek na korpo-spotkaniach, otoczony wianuszkiem skoncentrowanych na obrazie z projektora interesariuszy, łykających wyniki badań jak młode pelikany.

Wkurzałem się jak szalony, próbując obejść ustawienia sieci lokalnej i zżymając się na lagi Morae.

Potem, prowadzony przez bardziej doświadczonych przeze mnie kolegów i koleżanki odkryłem, że zlikwidowanie barier pomiędzy partycypantem w testach a moderatorem — czyli rozmowa, patrzenie, słuchanie, słowem; obserwacja w podwyższonym stanie gotowości, jeśli można to tak nazwać — umożliwia badania równie dobre, co cały ten technologiczny kram. Za jedną trzecią ceny. I, co ważniejsze, przy zainwestowaniu dużo krótszego czasu.

Czy to znaczy, że nie ma już sensu testować w ten sposób? Nie, to tylko znaczy, że wraz z doświadczeniem wzrasta umiejętność wyciągania wniosków opartych na szczegółowej obserwacji i intuicji. Wciąż mam respekt dla eyetrackerów, ale dzisiaj widzę je bardziej jako narzędzie, którego używa paru moich niepełnosprawnych kolegów (obsługując komputer za pomocą ruchów gałek ocznych).

I znowu minimal. Papier, ołówek, dyktafon, czasem aparat w telefonie; i rozmowa z żywym człowiekiem, który nie czuje się jak aktor w ekranizacji cyberpunkowej powieści, obwieszony elektrodami i “skalibrowany” do patrzenia na jeszcze jedną stronę internetową.

Po prostu ludzie, po prostu zadania

Wszystko to się przydaje; piękne profile grup docelowych, podsumowane na wypieszczonych posterach ze zdjęciami pięknych ludzi, szczerzących zęby. Mapy, przeróżne; tego i owego. Tworzenie ścieżek, mental models, wygibasów. Na końcu — po prostu ludzie i stojący przed nimi zadania i my, projektanci, próbujący na nie odpowiedzieć. Ciekawe, czy są jakieś badania, które podsumowują wybór metod pracy w sektorze projektowania UX. Jakby tak skorelować je z wynikami badań (pewnie nieistniejących), które mówią o jakości wniosków, które drużyny projektowe wyciągają z zastosowania tych metod… Stary, dobry post-it i mazak z tępą końcówką pewnie wyszłyby na prowadzenie.

A może nie?

Najlepsze narzędzie analityczne

Mózg. Mój przyjaciel. Do tego proste Google Sheets i Google Analytics, od biedy Hotjar, kiedy naprawdę chcę pokazać jakieś kolorki (używam tego głównie jako narzędzia perswazji dla interesariuszy). Treejack. Coś prostego, co pozwoli mi rzucać prostokąty na ekran. Papier. Ołówek i Keynote. Kartki samoprzylepne (3M powinno chyba zacząć przysyłać mi je za darmo).

Próbowałem chyba wszystkiego. Uparcie powracam do minimalizmu w narzędziach i metodach pracy. Może coś w tym jest.

Może wcale nie.

Na swoich szkoleniach dużo mówię o tym, jak trzeba dostosowywać wybór metod pracy do wymagań projektu. Głęboko w to wierzę. Zauważam jednak na przykładzie swoim i kolegów oraz koleżanek z Wysp, że im dalej brniemy w nasze zawodowe zakusy w okolicach UX i service design, tym bardziej upraszczamy warsztat. Taki “powrót do korzeni”, albo raczej nowe formy ogrodnicze. Agencje konsultingowe, w których pracowałem pozbywają się labów, stawiając zamiast tego na badania etnograficzne. Same badania z użytkownikami wykonują coraz częściej w formacie “guerilla”, czyli łapiąc “z ulicy”. Ich zainteresowanie przenosi się na współpracę między ludźmi, zorientowanie interesariuszy na wspólny cel i optymalizację procesów. UX w sposób naturalny skręca w service design, a podstawowe i fajnie działające interfejsy produkują dzisiaj nawet juniorzy, pozwalając zespołowi skupiać się na zagadnieniach “grubszych”. Co ciekawe, widzę w testach coraz mniej podstawowych błędów — to znaczy, partycypanci coraz mniej gubią się — a świadczy to o ewolucji cyfrowej zataczającej szerokie koło. Już mało kto zastanawia się nad tym, jaka jest różnica między PayPalem a Apple Pay…

Dzieją się ciekawe rzeczy, a nasz najlepszy przyjaciel wciąż mieszka między naszymi uszami. Och, jak dobrze, że jest. Tylko, żeby skubaniec tak łatwo nie dawał się wkręcać… Może więcej kawy? Łee, tej też już nie piję.

Pora pobiegać.

A co z wpisem na temat zatrzymywania pracowników przy sobie?

Chyba zachowam ten temat na jakieś krótkie video, albo konferencję. Za to już niedługo na łamach bloga wywiad z pewnym bardzo ciekawym człowiekiem, który opowie o budowaniu drużyny UX. Muszę go tylko przetłumaczyć (co może wydarzy się pod koniec 2021, jak tak dalej pójdzie, ha ha!).

Do zobaczenia w Polsce!